Graty moje codzienne

Zgodnie z prawami fizyki, przestrzeń jaką posiadamy ma swoje ograniczenia. Czasami tysiące metrów kwadratowych wydzielają drewniane płoty, betonowe panele czy drut kolczasty pod napięciem. Mniejszą kubaturę zamykamy ścianami domów, czy bloków.

I w tej przestrzeni gromadzimy. Właściwie co kto lubi, z reguły jednak, tak zwane dobra doczesne. Gromadzimy meble, bibeloty, pamiątki z podróży, średnio trafione upominki. Zbieramy ubrania, torebki, książki, dzieła sztuki. Utykamy po kątach muszelki, piórka, kamyczki, wstążeczki. Zagęszczamy, przemieszczamy, układamy, sortujemy.

Wciągamy brzuch w przejściach, schylamy głowę pod dowieszanymi półkami i pawlaczami. I coraz trudniej oddychać. Z baraku miejsca, z lęku przed utratą przedmiotów, które nas definiują.

Modne są ostatnio idee minimalizmu. Mniej znaczy lepiej, piękniej, schludniej, modniej i wygodniej.
Nie podążam  bezkrytycznie za modnymi trendami. Lubię mieć swoje zdanie i swoje teorie. Tu jednak poczułam, że coś w tym jest.

Nasza zewnętrzna przestrzeń stanowi odbicie naszej przestrzeni wewnętrznej. Nie będę przytaczać badań naukowych, teorii i statystyk. Czuję, że tak jest. Że jest czasami za dużo. Za dużo przeszłości, gromadzonej w głowie, duszy, ciele.

Szukamy nowych dróg, możliwości, koncepcji, zmiany. Zapakowana wspomnieniami głowa, pełna starych nawyków, nieaktualnych danych, przesądów, nierozwianych wątpliwości, jest niczym pokój pełen starych mebli, do którego chcemy wejść z pełnym zestawem designerskich sprzętów. I bez wyrzucenia staroci stworzyć piękne nowoczesne wnętrze, pełne światła i przestrzeni.

Się nie da.

Moc możliwości na wyciągnięcie ręki, w której ściskamy klucz do skrzyni pełnej tego co już było. A potem pretensje do losu, że niełaskawy, że coś nas wciąż omija. Nic nas nie omija, tylko gapiąc się wciąż za siebie, nie zauważamy szans.

Potykamy się biorąc je za kłody.

Starość patrzy w przeszłość. Skupia się na historiach pięknych i bolesnych. Zaczyna większość zdań od : „za moich czasów..”

Młodość patrzy w przyszłość. Planuje, marzy, stawia cele, bo widzi przed  sobą ogrom czasu do wykorzystania.

Czy zatem mając lat 40+, 50+, 60+ i można by rzec bliżej określoną ilość czasu w dyspozycji, warto z kręczem obróconej wstecz szyi, pozbawiać się możliwości, jaką daje pełnoletnie życie? Wiemy co za nami, a przed nami cała masa przygód o których w młodości nawet nie przyszło pomyśleć.

Kapelusze z piórami? Czemu nie! Skórzane spodnie i ramoneska na sześćdziesięciolatku też są super. Wystarczy odpuścić przesądy i przekonania, że na coś już jest za późno.

Z zachwytem oglądam serię brytyjskich programów, w których ludzie po przejściu na emeryturę, wyprowadzają się z dużych miast na wieś. Zaczynają uprawiać ogród i hodować kozy. Zaczynają nowe życie, w którym jest wreszcie czas na pasję.

Późny wiek średni to potencjał do wykorzystania. Między sześćdziesiątką a osiemdziesiątką jest dwadzieścia lat świetnego życia.
Ja mam masę pomysłów na ten czas.

Komentarze