Moje słowo na dziś, to akceptacja.
Nie wszystkiego jak leci.
Akceptacja tego, na co nie mam najmniejszego wpływu i nigdy mieć nie będę.
I choć burzy mi się krew, na to co wyczynia aura za oknem, to w trosce o stan nerwów, biorę kilka głębokich oddechów i zaczynam szukać plusów.
Mogę posiedzieć dłużej przy kominku i serialu.
Z mniejszą atencją, dokończyć robótki dziergane, które zaczęłam jesienią.
Zrobić przegląd wiosennej garderoby, bo a nuż okaże się, że po zimie pasuje tylko szalik i torebka.
Podziwiać czystość bieli za oknem, zanim odwilż odsłoni hałdy psich kup na trawnikach.
No i ostatni kubek grzańca, zanim znikną pogodowe przesłanki by sobie ten zimowy rarytas zaserwować.
Akceptuję więc fakt, że wiosna sobie ze mną pogrywa.
Cieszę faktem, że zima kocha mnie tak bardzo, że trzyma się kurczowo ogrodu, chowa pod zaspą samochód, każe nosić czapkę, w której jest mi do twarzy.
Co ma być to będzie.
Wiosna będzie, ciepło i kolorowo będzie, świergotliwie od ptaków będzie…
Dziś jednak będzie spokojnie, w bieli i ciszy.
Akceptuję
Komentarze