Zanim zacznie się opowieść

Rozalia i fioletowy koń stali na brzegu morza. Każde z nich zdawało się być zatopione w myślach.
I zapewne czekało na to co powie to drugie.
Koń grzebał w piasku kopytem, dziewczyna obuta stopą.
Milczenie zaczynało ciążyć i choć nie miało ciężaru burzowej chmury, to stawało się coraz bardziej niepokojące.
W końcu dwunożna istota zebrała się na odwagę.
I co dalej koniku? Głos zawierał całą masę znaków zapytania.
Tam skąd idziesz, nie ma nic, tam skąd ja idę, również.
Z jednej strony mamy wodę a z drugiej pustynię.
To daje nam właściwie żaden wybór.
Oboje popatrzyli w kierunku oceanu piasku, i jednocześnie skierowali ku niemu pierwsze kroki.
Słońce za plecami powoli zaczynało zbliżać się do poziomej kreski, oddzielającej niebo i wodę.
Przed nimi złocisty dotąd piasek, zaczął przybierać odcienie ciemnej pomarańczy i brązu.
Sześć kończyn zapadając się delikatnie w piach, oddalało się od linii brzegowej zmierzając w stronę nieznanego.
W głowie Rozalii kłębiła się średniej wielkości kula, pełna pytań. Były jednak tak pogmatwane i nie wynikały z siebie w sposób logiczny, że nie wiedziała od czego zacząć.
Czuła, że pogodziła się z sytuacją.
Że sytuacja w której się znalazła ma głębszy sens.
I nie pozostaje jej nic innego, jak zdać się na los, mądrość natury i wszystko to o czym nie wiedziała, a miało jakiś wpływ na życiowe scenariusze.
Koń też myślał, jednak nie wiemy o czym bo jedyny wgląd jaki miała autorka, to wgląd w przemyślenia stworzonej na potrzeby opowieści, postaci.
Tak więc wędrówka z zachodzącym za plecami słońcem, trwała.

Łagodną ciszę przerwał jednak dobiegający z końskiego pyska, zupełnie ludzki głos.
Być głodny, zadeklarował koń. Bardzo głodny, dla podkreślenia dodał.
Rozalia z niepokojem spojrzała w niebo, nauczona zdarzeniem z koszykiem.
Bela siana spadająca z dużej wysokości na głowę, to raczej nic przyjemnego.
Jednak na dość ciemnym niebie nie pojawiło się nic.
Robiło się jednak dosyć chłodno, więc panienka z przyjemnością otuliła się taszczonym z koszyku kocem.
Z chęcią położyłaby się na piasku i odpoczęła. Małomówny zwierz wędrujący obok nie odezwała się ponownie.
Przyspieszył jednak kroku.
Ej, nie tak szybko, wydyszała, próbując dotrzymać mu kroku. Nie mam czterech nóg.
Jedzenie, zarżał koń, a jego falujący ogon podskoczył do góry, mieniąc się kolorami.
Tam, prosto, blisko.
Lakonicznie dosyć, pomyślała Rozalia i wydłużyła krok.
Wędrowali parę długich chwil, zanim w ciemnym niemalże powietrzu, zamajaczyła nieregularnych kształtów bryła. Coś jakby kępa drzew.
Stawiając coraz szybciej stopę przed stopą, czuła zbliżające się rozwiązanie końskiego problemu.
Z oddali pachniało wilgotną trawą.
No tak, zgorzknienie zaczęło sączyć w jej umysł negatywne scenariusze. Końską trawą to ja się zbytnio nie pożywię.
Może chociaż woda….
I kiedy myślała, że nie uda jej się o własnych silach dotrzeć do oazy, poczuła że grunt po nogami przestaje być piaskiem.
Pochyliła się, by dłonią delikatnie sprawdzić podłoże.
Była to najprawdopodobniej nisko przycięta trawa. Lekko sprężysta, miękka.
Oczyma wyobraźni widziała tę zieloność.
Po omacku, z wyciągniętymi przed siebie rękoma, posuwała się do przodu, tam, gdzie dobiega odgłos chłeptania.
Język przyklejony prawie do podniebienia, zaczął odklejać się kuszony obietnicą chłodnej wody.
I nagle jej stopa chlupnęła w wilgoć, chłonąc ją do buta i powyżej kostki.
Widziała konia cień.
Zrobiła krok wstecz, przyklęknęła i z delikatnością nabrała w dłonie płyn w którym wcześniej utknęła stopa. Czy picie z jednego źródła z koniem to tak jak picie z jednego kubka?
Przemknęła jej przez głowę myśl zupełnie bez znaczenia.
Umoczyła usta z cieczy, powoli by nie dać się zaskoczyć smakiem.
Woda delikatnie pachniała miętą i tak też smakowała.
Zdziwiona spójnością wrażeń, raz po raz zanurzała połączone dłonie i piła.
Po kolejnej porcji odkryła, że nie czuje nie tylko pragnienia ale i głodu.
Zadowolona odsunąwszy się na niewielką odległość, zawinięta szczelnie w koc, legła na miękkiej trawie.
Nad nią, pomiędzy cieniami rzucanymi przez wysokie drzewa, przeświecało niebo.
A na nim, niczym maleńkie okruszki rubinów, migotały czerwone gwiazdy.
Czemu jej to nie dziwiło? Przywykła?
Nie czuła senności.
Słyszała obok siebie moszczącego się do snu fioletowego konika.

Koniku…. Zagaiła niezbyt głośno. Śpisz?
Po chwili koń, wydawszy z siebie coś pomiędzy parsknięciem a chrząknięciem odpowiedział.
Nie, nie śpię.
Myślę.
O czym?
Że być może jestem tu za karę. Chyba nie byłem dobrym koniem.

Rozalia w ciemności wybałuszyła ze zdziwienia oczy. Nie był dobrym koniem? On? Taki ładny?
To przecież absolutnie niewiarygodne.
Jak coś tak uroczego, może nie być jednocześnie dobre?
W jej pojmowaniu świata, to było wręcz tożsame. Dobre równa się piękne i odwrotnie.

Opowiesz?

To nie będzie długa historia, powiedział konik.

I zaczął snuć swą opowieść.

Komentarze