Żelazowa Wola, na chwilę… na oddech… na sen

Z podróżą jest jak z modą. Może być maksi, mini czy midi.

Może też być mikro, jeśli tak zdecydują okoliczności. Bo jak się podróże kocha, do docenia się nawet te, wielkości ziarnka grochu.

Żelazowa Wola leży 23 kilometry od mojego miejsca zamieszkania. To przysłowiowy rzut beretem. Tymczasem ostatni raz byłam tam kilkanaście lat temu. W takim miejscu nic nie powinno się zmienić. Chodzi przecież, by zatrzymać czas. I być może nic się nie zmieniło. Zmieniłam się ja.

Patrzę więc na park i dworek innymi oczami. Osoby bardzo dorosłej, doceniającej historię.

Patrzącej dorosłym wzrokiem na dziedzictwo kulturowe, które na szczęście oparło się ostatnim trudnym czasom. Może dlatego, że na tej historii nie da się zarobić. Można tylko celebrować szacunek dla genialnego kompozytora, pianisty, Polaka.  Można dbać o zieleń, tę wiekową i tą nową. Można oddać szacunek muzyce.

Koncerty na żywo, które odbywają się w białym dworku, przyciągają miłośników muzyki z całego świata. To przysłowiowa mekka dla miłośników Szopena. Sznureczkiem ciągną tu Japończycy, Amerykanie i Francuzi.

I my Polacy. W związku z sytuacją, możemy mieć to miejsce dla siebie. Choć na jakiś czas.

Jedźcie do Żelazowej Woli. Właśnie teraz, kiedy światowych turystów nie ma. Kiedy można znaleźć w parku wolną ławeczkę, pod klonem czy kasztanowce.

I oddać się we władanie mazurkom i polonezom.

Bo choć nie każdy jest melomanem, to każdy doceni niezwykłe dźwięki, docierające wprost do serca.

Głęboko polskiego.

I w trudnych czasach, zawsze szukając dobrych stron przekonuję się, że mimo wszystko, życie jest piękne. Wystarczy wyjść za próg, otworzyć oczy, uszy i serce.

Komentarze