Bielszy odcień bieli

Ostatni dzień i ostatni treking. Pogoda wymarzona. Trochę słońca, zero wiatru więc i mróz mniej odczuwalny.

Wejście na punkt widokowy Sarkofagen, jak na mój wspinaczkowy potencjał w sam raz. Spociłam się tylko trochę, ale nogi bolały, nie zregenerowane po poprzednim dniu. Co tam ból, kiedy widoki oczywiście zapierające dech.

Znów przecieraliśmy szlak w białym puchu. Mogłoby się wydawać, że gdzie nie spojrzeć taki sam widok. Na pozór, bo przesuwające się chmury, czy kąty padania światła zmieniają wszystko.

Po wytężeniu wzroku udało się dostrzec w oddali fermą bałwanków. Nie dało się podejść bliżej, bo dzikie bałwanki w naturalnym środowisku są bardzo płochliwe.

Mimo monotonii barw, jest w tej atmosferze ogrom romantyzmu. To nie jest łatwa do życia część świata. Tu trzeba odporności na zimno, konieczność pokonywania dużych odległości, izolacja od świata. Jak na moje potrzeby, zbyt krótki dzień i mało słonecznego światła. Po miesiącu zimy tutaj, depresja dyszałaby mi w kark.

Dobrze jest podróżować, oglądać odległe zakątki świata tak odmiennego czasem, jak inna planeta.

Dobrze jest mieć swoje miejsce na tym świecie, do którego skądkolwiek bądź można zawsze wracać.

Zachowując pod powiekami niezwykłe obrazy.

Komentarze