Znalazłam swoje plemię

Zanim wsiądę do pociągu, upewniam się czy mam bilet, telefon i książkę.

Bo ja jestem starej daty, z tego pokolenia co czytuje. Nie okazjonalnie a regularnie. Taka potrzeba, czy może wręcz nałóg.

Na długą podróż do Grodu Kraka przytuliłam książkę nieznanej autorki, bez krzyczących wykrzyknikami zachęcających cytatów. Z jedną mała wzmianką, że rzecz ma się o tym, jak to kobiety potrafią się wspierać.

Ruth Fitzmaurice zatytułowała swoją opowieść ” Znalazłam swoje plemię”. I nie jest to zwyczajne babskie czytadło.
To poezja i balsam dla duszy. Poezja tragiczna, bo prawdziwa i bez happy endu. Lubię dobre zakończenia, a tutaj musiałam poczuć głęboko w sobie, że dobre lub niedobre bywa bardzo względne.

Książka jest swoistą kroniką kliku ( ostatnich ) lat życia chorego na stwardnienie zanikowe boczne męża, ale opowiada bardziej o życiu rodziny. O funkcjonowaniu na granicy normalności. O gromadce dzieci obserwujących znikanie ojca i jego inność na tle innych ojców.

Opowiada o kobietach będących w życiowych kryzysach, które szukają ukojenia we wspólnych szalonych kąpielach w lodowatej morskiej wodzie.
Dzień dzisiejszy przeplatają wspomnienia. Historie początków miłości, początków choroby i początków odchodzenia.

Słowa płyną spokojnym strumieniem. Historia toczy się w jednym możliwym kierunku i choć wiadomo jak się skończy, chcemy towarzyszyć bohaterom do samego końca.
Tak jakby nasza obecność mogła pomóc im przejść przez nieuchronne zakończenie.

Zamknęłam ostatnią stronę i wróciłam do swojego życia, o którym myślałam, że trudne.

Nie jest. Bo ja również znalazłam swoje plemię.

Komentarze