Odmawiam Czarnobylską modlitwę

Historię da się oszukać, natury nigdy. Ona była pierwsza i będzie ostatnia.

Wybór lektury przebiega u mnie dość tradycyjnie. Czytam by dobrze się poczuć, by zdobyć nową wiedzę, poszerzyć horyzonty. Książki robią mi dobrze, nawet kiedy czytam kryminał, thriller czy horror

Mam teraz w ręku książkę, która absolutnie nie robi mi dobrze. Przeraża. Edukuje, wzrusza, dostarcza niezwykłych literackich doznań, takich doznań na najwyższym poziomie, ale przeraża.

Czarnobylska Modlitwa- kronika przyszłości. Swietłana Aleksijewicz.

Skąd pomysł by po nią sięgnąć?
W czerwcu tego roku wybrałam się z krótką wyprawa za wschodnią granicę. Lwów, Kijów, Czarnobyl. Trochę ekstremalny zestaw, ale skoro można, to czemu nie. Lwów piękny, Kijów europejski, Czarnobyl pełen sprzeczności.

Oglądanie jednej z wysiedlonych okolicznych wiosek, w słoneczną pogodę, w klimatach leśnej zieloności, w niewielkim stopniu mówią cokolwiek o historii miejsca, o dramacie ludzi. Prypeć, miasto przynależne elektrowni, miasto widmo, wyłaniające się gdzieniegdzie spośród dwudziestoletnich drzew. Tutaj już chodziły ciarki po plecach.

Sama elektrownia, a przynajmniej tyle ile nam pokazano, wygląda jak zwykły obiekt przemysłowy. Sam reaktor, przykryty srebrzystym płaszczem w żaden sposób nie budzi grozy. Teraz.

Może patrzyłabym na to wszystko inaczej, gdybym podróż do tego miejsca zaczęła od książki. Mając w pamięci historie opowiedziane ustami tych co przeżyli. Tych co pamiętają.
Historie opisane w książce, to dramaty.
Opowieści żon i matek. Tych które pochowały w ołowianych trumnach mężów, synów i ojców. A potem pochowały urodzone po czarnobylskie dzieci.

To historie strażaków i żołnierzy, którzy kierowani rozkazami lub bohaterskim zrywem, przez wiele dni, czy tygodni, pracowali nad niwelowaniem skutków wybuchu.
Są tu tragedie tych, którym kazano opuścić ojcowiznę, zostawić cały dobytek, niezebrane plony, koty, poduszki, obrazy, fotografie najbliższych.

Jest też opowieść o tych co wrócili. Nielegalnie, lasami po partyzancku. Do zniszczonych domów, rozgrabionych przez szabrowników, bez wody, prądu, telewizji. Wrócili by przeżyć ostatni etap życia na swoim. W warunkach niczym sto lat temu, żyją w małych grupach. Wspierają się, bronią przed wszechobecnym złem, tym popromiennym i tym ludzko nieludzkim.

Kiedy wspominam to co opowiadał ukraiński przewodnik, przydzielony do grupy, a także niestety nasz polski, to widzę jak łatwo wybielić historię. Materiałów o Czarnobylu nie ma zbyt wiele. Pewnie z powodu „dyrektyw”. Można więc opowiedzieć, że zachodnie media rozdmuchały historię, że tak naprawdę ofiar nie było wiele, może kilkadziesiąt osób (?!). Problemów z promieniowaniem też nie było tak wielkich jak opisywano w mediach. Skąd więc te opustoszałe wsie, miasto do którego nikt nie wrócił.

Na zdjęciu aleja, upamiętniająca wsie, które zostały wysiedlone. Sporo tego.

 

Czarnobylska Modlitwa to zbiór reportaży. Historie osób, które odważyły się opowiedzieć o miłości, życiu i śmierci i podpisać je imieniem i nazwiskiem.

Przeczytałam tą książkę i nie jest mi dobrze. Dziękuję opatrzności, że włożyła mi ją do ręki i dalej nie jest mi dobrze.

Kronika przyszłości przeraża. Im bardziej bagatelizujemy skutki największej z tragedii, efekt technologii która, wymknęła się z rąk, tym większe ryzyko powtórki.

Człowiek nie jest doskonały, popełnia błędy, dopuszcza się niedopatrzeń, ale  natura nie wybacza błędów. Ma swoje brutalne prawa.

Czarnobylską Modlitwę polecam przeczytać. Mimo dyskomfortu emocjonalnego jaki wywołuje. To genialna literatura faktu. Może warto polecić ją jako lekturę w szkołach. Zanim zatrze się pamięć o wydarzeniach.

Zanim umrą ostatni, którzy pamiętają.

Komentarze