Złota godzina

Dzień jak co dzień.

Tylko czy na pewno o to chodzi?

Rutyna, nawyki, powtarzalność czynności, gestów, słów…

Łapię się na tym wieczorami, że podsumowując dzień, nie mam do dodania nic nowego. Wczoraj zlewa się z dzisiaj w jedną szaro pastelową smugę. Jest tylko ruch. Przesuwanie  zdarzeń po jednym, zazwyczaj prostym torze.

Z jednej strony błogosławiony niech będzie spokój, z drugiej tęsknota, za falowanie sinusoidy zdarzeń.  O co więc chodzi?

Żeby się działo, ale tak nie za bardzo, żeby było spokojnie, ale niezbyt nudno, żeby ciepło, letnio, jakoś tak.

I bez ryzyka odniesienia kontuzji, przy zdobywaniu szczytów, bez obawy oparzenia się zbyt gorącą zupą, bez narażenia na straty w szaleństwie zakupów.

Żyje się raz. Temat reinkarnacji odkładając na bok, dobrze byłoby żyć dobrze.

W tym wcieleniu doświadczyć wszystkiego, co dobre, inspirujące, ciekawe, ekscytujące. Bez ryzyka się raczej nie da.

Jako waga zodiakalna, wciąż przekładam z jednej szalki na drugą plusy i minusy. Rozważam potencjalne zyski i straty. Kładąc na szalę rozsądek z marzeniami na przeciwwadze. Rozkminiając potencjalnie żal za niespełnieniem i ryzyko poniesionych strat, jeśli los poturbuje mnie za karę, za wiarę w siłę marzeń.

Co lepsze, letnia zupa, blada w smaku, nie wiadomo czy ogórkowa, czy krupnik?

Czy ogniste leczo egzotyczne, burzą smaku rozlewające się po podniebieniu, grożące potencjalnie, niestrawnością. Czy niebiański smak, wspominany wielokrotnie, warto przypłacić małą dolegliwością. W sumie pod ręką zawsze będzie ten łagodząco działający krupnik, a egzotyka może się nie powtórzyć. Kucharz łyknie antydepresanty i koniec z kreatywną, ekscentryczną i inspirującą kuchnią.

Żałować, że zjadłam mogę tylko do ustąpienia objawów nadmiaru ostrości.

Żałować, że nie zjadłam będę po wielokroć. Przy każdym talerzu krupniko ogórkowej.

Odwaga. Odwaga. Odwaga.

To ona jest początkiem wielu przewspaniałych rzeczy. Zdarzeń, podróży, flirtów, przyjaźni, miłości, wynalazków.

Do odważnych świat należy. To nie truizm, slogan ani nic takiego. To prawda najgłębsza w swoim rodzaju.

No to przybądź odwago. Nich na twoich skrzydłach wzlatuję w stronę słońca. Ciut zachodzącego, jednak wciąż ciepłego, złocistego, oświetlającego. Znana przez fotografów, złota godzina, to moment w którym jest najpiękniej. Jaskrawość dnia przeszła łagodnie w coś co nie jest jeszcze zmierzchem, ale pięknem w najczystszej postaci.

Chwyć tę złotą godzinę. Tę metaforyczną jesień życia. Pełną wciąż potencjału, możliwości, marzeń. Warto.

Nawet jeśli grozi to niewielką niestrawnością, to grozi też eksplozją radości i poczucia spełnienia.

Trzymam za ciebie kciuki. Tak jak trzymam za siebie wciąć od nowa. Bo złota godzina to ta najlepsza godzina. W praktyce będąca latami. Powodzenia i niech moc będzie z nami.

 

Komentarze