Zaręczyłam się ze sztuką
Zachłannie chłonę nowinki. 🙂
Te dotyczące rozwoju osobistego.
Czuję się jak fasola, której trzeba podwiązywać coraz większą tyczkę.
Tworzenie siebie, ulepszanie, zmienianie, szlifowanie, to proces, który w moim przypadku nie ma szans na wielki finał.
Czy bierze się to z niepełnego poczucia własnej wartości? Bo w teorii to oczywiście jestem wystarczająca. W praktyce czuję wciąż jakieś luki, płaszczyzny na których mogę coś poprawić, dowiedzieć się więcej o sobie i świecie.
I najlepiej byłoby się w trakcie tych procesów dobrze bawić.
Co zatem wybieram?
Wszelkiego rodzaju mariaże rozwoju i sztuki.
Uwierzcie mi, jest moc i jest fan.
Można się trochę ubrudzić, ale pamiętacie, to powiedzenie że dzieci są albo czyste, albo szczęśliwe?
No więc rozwijam się brudząc ręce, ubranie i czasem elementy wyposażenia wnętrza.
Jest zabawa, a zabawa to też rozwój. Tak przecież uczą się dzieci.
I są namacalne barwne efekty. Obrazy i obrazki, małe i duże. pełne barwnych smug, plam, schowanych pod nimi emocji, frustracji, marzeń.
Nie dałabym się zamknąć w klasztornej celi, by zgłębiać tajemnice kosmosu, przepływające przez głębie podświadomości. No chyba, że dostałabym dużo farb i kilometry białych arkuszy.
Oj, wtedy to bym nazgłębiała.
Kosmos nie miałby przede mną tajemnic.
Czy mielibyście ochotę wybrać się ze mną na jedną z takich przygód?
Ubawimy się malując i dekorując mentalną tyczkę, po której będzie się wspinać ku słońcu, nasza osobowość.

Komentarze