Wdepnąć w optymizm jak w….

Myśl z serii tych, pojawiających się w drugiej połowie życia.

Na metaforycznym półmetku, stajemy by złapać drugi oddech i pomyśleć, czy dalej biegniemy w tę samą stronę, czy może wybrać nowy azymut.
Odwołano moją wymarzoną wycieczkę do Holandii, przełożono koncert i odwołano dwa spektakle teatralne.
To dobry czas, bym nie nakręcana płynącymi z zewnątrz endorfinami, poszukała ich źródeł w sobie.
Proste?
Niezbyt.
Nawyki gromadzone od lat, podpatrywane w rodzinnych historiach… Nie bywało w nich wesołków. Optymistów pełną gębą, szerzących idee, że życie jest piękne, radosne, barwne. Warte przeżycia.

Ale jest „chęć w narodzie”. Książki o dających nadzieję tytułach: „Jak być szczęśliwym”, „Pokochaj siebie”, ” Żyj wolniej”, „Nie daj się stresowi”, „Masz wszystko, czego potrzebujesz”, sprzedają się. Może nie lawinowo, ale pokazują, że mamy potrzebę tego szczęścia. Chcemy się go uczyć.
Że powiedzenie „życie jest długie, szare i do d…y” wcale nie musi być prawdą absolutną i mottem życiowym.

Zainspirowana jednym mądrych szkoleń, w którym ostatnio wzięłam udział, zaczęłam zwracać uwagę na poranne myśli.
Bo to one w dużej mierze mają wpływ na nastrój w nadchodzących godzinach.
Czasami nawet decyduję się poleżeć chwilę dłużej pod kołdrą, by „przeprogramować” kwaśny nastrój. Wstać to właściwą nogą. Pouśmiechać się do sufitu, psa, prawej stopy.
Te niezbyt mądre na pozór zachowania, sprawiają, że zaczynam się śmiać sama z siebie.
To jest ten moment, kiedy obiecuję sobie, że to będzie dobry dzień. Kolejny dobry dzień.
A siedem dobrych dni z rzędu, to świetny tydzień.
Stąd już blisko do dobrego miesiąca.
I tak to leci.
Jak się potknę, bo przecież nie jestem ideałem, jak mam katar, boli kolano, stłukę ulubiony kubek, to nastrój siada. Ma do tego prawo.

Ale jeśli w głowie mam myśl, że żyje się tylko raz, wracam na ten uśmiechnięty tor. Robię makijaż, wpinam kolczyki, zakładam zabawne skarpetki.
I żyję tak, by nie mieć do nikogo żalu i pretensji, a najlepiej nie mieć ich do siebie.

Komentarze