Szczęście ma smak babeczki

Zdecydowanie ta mądrość sprawdza się w niewielu sytuacjach.

Dajmy na to babeczki. Uwielbiam je jeść do kawy, herbaty, solo i w miłym towarzystwie. Mogłabym uczynić z nich wiodący element diety, bo jedzenie babeczek jest tym co mnie uszczęśliwia.

To nic że na pięć, może siedem minut. Słodycz na języku, dawka endorfin, sama przyjemność.
To nic, że za chwilę odpali się poczucie winy.
To nic, że kalorie trzeba będzie spalać morderczo. Wybiegać kilometry, wyszarpać kilogramy, wyskakać, wypływać, wypedałować.

Bo skoro babeczka równa się szczęście, to jem babeczki.

Uszczęśliwia mnie spanie pomimo budzika. Takie długie minuty wylegiwania się w ciepłej pościeli, z pochrapującym u boku psem. Ignorowanie dawno wstałego słońca, obowiązku pracy z którego należy się wywiązać.

Uszczęśliwia mnie czytanie przy jedzeniu. Niezdrowe na oczy, niekulturalne i pewnie jeszcze jakieś tam.

Uszczęśliwiają mnie długie spacery z psem, po lesie, łące, parku. Bez zegarka, telefonu, muzyki w słuchawkach, za to z podglądaniem cudzych ogródków, kwitnących krzaków i wyskakujących zza krzaków sarenek.

Uszczęśliwia mnie hałas, tłum i gwar na koncertach mocnej metalowej muzyki. Bo jeśli hałas to tylko tam.

Kawa z przyjaciółką, to jedna z wisienek na torcie szczęśliwości.

I jeszcze pewnie by się trochę tych uszczęśliwiaczy znalazło.

Szukam całe życie profesji, w której jadłabym babeczki, czytając jednocześnie książki. Zabierałabym koszyk babeczek na spacer z psem do lasu. Na koncerty szykowałabym specjalną babeczkową wersję na przykład z czarnym lukrem.

Szukam zawodu nakazującego spanie do późna, obligującego do spotkań przy kawie w miłym towarzystwie.

Może jeśli będę intensywnie szukać, to znajdę dobrze płatną pracę uszczęśliwiającą mnie każdego dnia.
Na razie komponuję bardzo składne sv, które wyślę do wszechświata.

Przywiązane do różowego balonika w kształcie babeczki.

Komentarze