Świąteczna epidemia

Z laboratoriów na Alasce wydostał się nowy wirus.

Krążąc w wokoło bieguna rósł w siłę. I czekał. Aż przyjdzie czas chłodów, katarów i osłabionej odporności.

Aż przyjdzie czas świąt.

Europejscy badacze nazwali go świąteczną gorączką. Jej utajona forma hibernuje w organizmie nosiciela w stanie uśpienia. Aktywuje ją po raz pierwszy przejazd ….konwoju czerwonych, świątecznie oświetlonych samochodów Coca coli. Nabiera wtedy sił.

Po usłyszeniu „Last Christmas”, powoli podnosi temperaturę ciała zasiedlonego organizmu. Rośnie też ciśnienie.

Chwilową ulgę przynosi aktywność fizyczna wykonywana w przeciągu, na przykład mycie okien czy trzepanie dywanów.

Do tego dochodzi kompulsywne czynienie zakupów. upominkowych i kulinarnych.

Mieszanie bigosu nasila objawy. Zarażony osobnik krzyczy na członków rodziny, zabraniając spożywania sporządzonych w ilościach przemysłowych potraw. ( Argument koronny brzmi- zostaw, to na święta.)

Pieczenie, smażenie, siekanie, sprzątanie, kupowanie, wyniszcza organizm wespół z żerującym na nim wirusem.

Apogeum epidemii na całej kuli ziemskiej następuje na dobę przed wigilią.

Zarażeni miotają się pomiędzy ubraną do połowy choinką, a głęboko czerwonym barszczem. W aktach autoagresji tną sobie palce papierem do pakowania prezentów.

Normą stają się ataki paniki, że zabraknie, że za dużo, za mało, za wcześnie, za późno…..

Nosiciel świątecznej gorączki w kulminacyjnym momencie pada na twarz. ( Nie zawsze przysłowiową, obiecując sobie, że nigdy więcej.)

Na ostatnich nogach siada za stołem.

A wirus, poddaje się samoistnej remisji po pierwszych nutach kolędy i kawałku opłatka.

Zasypia.

A potem nadchodzi Wielkanoc.

Komentarze