Nienormalnie szczęśliwa

Normalna, czy szczęśliwa

Z absurdalną częstotliwością zadaję sobie to pytanie.
W otoczeniu zdań typu, czy to wypada, czy nie jestem czasem za stara, za niska, za gruba, zbyt mało inteligentna.

Intelekt generuje pytania niczym karabin maszynowy, a wszystkie równie bez znaczenia, jeśli chodzi o odczuwanie szczęścia.

Ono rządzi się swoimi prawami.
Rzekłabym nawet, bezprawiem.

Bo co to jest szczęście?
Temat na przemyślenie i dywagacje filozoficzne, zajmujące przeliczeniową przestrzeń mózgu, a nie przyczyniające się do podniesienia na wyższy poziom, stanu emocjonalnego.

Co prawda, emocje nierozerwalnie związane są z myśleniem.
Wystarczy pomyśleć o czymś smutnym, a już duszę ogarnia nostalgia i przygnębienie.

Z drugiej strony, przekieruj myśli na optymistycznie naładowane fluidy, a dusza jakby dostawała skrzydeł.

Normalność jest przereklamowana.
Jest nudna w swoich jednakowych uniformach.

Czemu bawią cię kabarety, gagi aktorów, odgrywających normalnych inaczej.
Łaskoczą podświadomość niewidzialnym piórkiem.
Komedie filmowe wprawiają w doskonały nastrój a neurony lustrzane wariują w konfrontacji z roześmianymi dzieciakami.
Czemu szukamy okazji by poczuć się trochę inaczej niż „normalnie”?

Bo normalność jest niczym rama, poza którą nie wolno wychodzić, bez narażania się na szykany, prześmiechy, ocenianie.
To gorset, zasznurowany tak ciasno, by nie można było zbyt głęboko oddychać.
Niedotleniony umysł pracuje wolniej, a nawet „bezwolnie”.
Potrzebuje swojego szarego, jednakowego stadka.

Bycie sobą, tą szczęśliwą wersją, nie jest jednoznaczne z nienormalnością. Niebezpiecznie ocierającą się o mankamenty psychiczne.
Bycie sobą to potężny kawał samoakceptacji.
Tolerancji dla własnych mocy, słabości i potencjałów.
Zgoda, na tę barwną lub totalnie czarno białą inność.
Na bycie niedzisiejszym, staromodnym, ekscentrycznym, artystycznym, uduchowionym, czy co tam jeszcze w duszy gra.

Na czytanie niemodnych książek, oglądanie niszowych filmów, malowanie abstrakcyjnych obrazów.
Na przyjaźnie z outsiderami, kloszardami, konduktorami, profesorami i woźnymi.

I to tylko tyle, aż tyle, by odnaleźć się komfortowo w przygodzie zwanej życiem.
Własnym, barwnym i zapewne jedynym, bo powtórek gwarantowanych nie ma.

A zatem niech żyje ta lekko szalona nienormalność.
Barwna, radosna, nieprzewidywalna.
Nasza własna.

Komentarze