Dzień: czw Paź 3

Codziennie

Gdy na koniec zostanie tylko pranie

Nie wolno dopuścić, by rzeczy ważne, były zdane na łaskę rzeczy mniej ważnych.
Oczywista oczywistość, jakby na to nie patrzeć. Ale dopiero kilka lat temu nauczyłam się patrzeć inaczej. A raczej patrzeć i widzieć. Dostrzegać różnicę, pomiędzy tym co istotne, a co jest tylko błahostką.
Pominę tu czas, kiedy „wychowywałam” dzieci. ( Choć ONI dziś mówią, że raczej nie przeszkadzałam im w dojrzewaniu)
Były bezdyskusyjnym, absolutnym priorytetem.
Kiedy przyszedł taki moment, że zostawiłam pociechy pod opieką taty, ( jeden kończył podstawówkę a drugi zaczynał liceum) i wyjechałam na dwa tygodnie w pierwszą podróż, najbardziej dostało mi się od własnej rodzicielki.
Zostałam nazwana wyrodną matką.
Może miałam leciutki cień poczucia winy.
Niewielki, bo małżonek gotować potrafił, całkiem zresztą nieźle. „Dzieci” potrafiły się umyć, ubrać i trafić do szkoły. Z reguły na czas.
A ja odkryłam w sobie pasję, która na wiele lat ratowała mnie przed depresją.
I tak przez lata uczyłam się co jest dla mnie ważne.
Rozwój
Podróże
Książki
Obrazy
Kino
Lojalność
Prawda
Przyjaźni
Miłość do muzyki
Teatr
Zdrowie
Bieganie
I paradoksalnie na ostatnim miejscu napiszę – rodzina.
Czemu tak? Bo przecież rodzina to tak naprawdę największa wartość. Ciepło, więzi, bliskość, wsparcie.
Ale najpierw, żeby być szczęśliwą matką, siostrą, córką i partnerką, muszę być szczęśliwym człowiekiem.
Gotowanie niedzielnych obiadów z poczuciem misja i cierpienia dla ludzkości, nikomu nie wychodzi na zdrowie.  ( Poczytajcie sobie o projekcie Masaru Emoto.)
Smutek wpada do rosołu, niwecząc jego uzdrowieńcze właściwości. Kotlet tłuczony ze złością, nie smakuje tak jak ten, na którym ze śmiechem trenuje się biceps. A sałatka wymieszana ręką, którą wcześniej pogłaskało się po głowie sto osiemdziesiąt pięć centymetrów syna, niesie w sobie oprócz witamin, szczepionkę złożoną z drobnoustrojów i miłości.
I to jest wartość.
Kiedy spędzałam więcej czasu przy sztalugach, złościłam się, że zanim posprzątam, wstawię pranie, nastawię obiad i wyskoczę po zakupy, to jesienią i zimą kończyło się naturalne światło.
Nie potrafiłam się przeorganizować. Nawyk zakorzeniony jak baobab, dąb, czy kłębowisko perzu, trzymał mnie w schemacie.
Do czasu, kiedy zwyczajnie zamieniłam kolejność. Malowałam do południa, a obiady szykowałam wieczorem, na następny dzień.
Dało się, choć na początku coś mnie tam w środku swędziało i uwierało. Jak piórko w wątrobie.
I tak sobie myślę, rozmyślam i przemyśliwuję, że trudniej jest żyć, wciąż odkładając na potem te najbardziej wartościowe dla nas sprawy. Pasje pokrywające się kurzem, spoglądają  z najwyższej półki pawlacza. Pokryte pajęczynami i niespełnieniem. Podróże, nawet te niezbyt dalekie nie tak szaleńczo kosztowne, do których wzdychamy i tęsknimy. Bukowina w październiku, Kazimierz w maju, Gdańsk w trakcie jarmarku.
To nieprawda, że Cię nie stać, skoro stać Cię na telewizor w rozmiarze cali od zarąbania.
Tylko czy było to twoim pragnieniem? Wołaniem serca? Głodem duszy?
Może dusza pragnęła iść na kurs tańca? Tanga, salsy, czy belly dance?
I gniewa się na nas, za ignorowanie tych potrzeb. Wymyśla za karę migreny, wrzody, bóle pleców.
I woła! Hej, Ty, obudź się!
Zobacz jakie są twoje głębokie duchowe, wewnętrzne wartości!
Mówisz, że je masz. Super, tylko czy zgodnie z nimi żyjesz?
A może skazujesz się na wieczny konflikt, pomiędzy tym co czujesz, czego pragniesz, a co robisz i jak żyjesz?
Zrób więc sobie własny, osobisty zestaw wartości. Taki dekalog, według którego pragniesz żyć.
I żyj tak, by każdy dzień zaczynać od tego, co dla Ciebie najważniejsze.
Bo co jak co, ale zlewu pełnego nieumytych garów, nikt jeszcze nie ukradł, a pranie, jak najwierniejszy pies, poczeka. Ono zawsze poczeka zawsze.
Życie, niekoniecznie.

Komentarze

baner dolny