Niedzielny rosół w środę

Podobno, jeśli trzeci dzień z rzędu nic Ci się nie chce, to znaczy, że jest środa.

A co to znaczy, że się chce?

Może nie któryś tam dzień pod rząd? Po prostu wstajesz i masz po co. Żyjesz, pracujesz i ogólnie jakoś tam funkcjonujesz i mając z tego frajdę?

No co to znaczy?

Może to, że jesteś szczęśliwym człowiekiem ( lub człowieczką).

Ja szczęśliwą człowieczką bywam. Zasadniczo przez większą część czasu. Ale bywam też smutasem, zrzędą, jędzą, snobem, głodnym snobem, zrzędliwym smutasem, smutną jędzą. Tak, tak. Bywam. W krótkich chwilach pomiędzy długimi okresami szczęścia, optymizmu, zadowolenia z życia, dzieci, pogody i dobrze przespanej nocy.

Powiecie może, czemu nie utrzymuję stanu permanentnej szczęśliwości przez cały czas?
Bo życie bez smutków i zgrzytów jest jak rosół bez soli. Będzie miał wszystkie zdrowotne właściwości, marcheweczki, pietruszeczki, żółte oczka pływające po wierzchu. Tylko nie będzie miał sensu. Nie da nam przyjemności. Skrytej chęci na małą dokładkę.

Można porównać życie do rosołu. Można porównać je do wszystkiego cokolwiek wpadnie do głowy, byle niosło to w sobie metafory różnorodności.

Kocham rosół, zwłaszcza zimą. Kolejność wrzucanych do niego składników, z których każdy z osobna nie jest rewelacyjny. Jest może ładny, lub odżywczy, niekiedy absolutnie niestrawny w większych ilościach. Dopiero kiedy połączymy wszytko w prostym kulinarnym tańcu wody i ognia, powstaje niezwykłość. Szczęście na talerzu.

A wracając do środy, dziś na obiad rosół. Nie w niedzielą, jak tradycyjnie przystało.
Nie będę ograniczać swojego szczęścia do niedzieli.

A w czwartek?
Mogłabym zaplanować na deser tort, ale mam inne ciekawsze plany.

Podzielę się.

Komentarze