Dzień: sob Gru 15

Biegam, bo...

Biegam, bo życie jest za krótkie na wolne człapanie

Bieganie uzależnia. Podobnie jak cała masa zdrowych i niezdrowych rzeczy. Ilość nałogów na głowę jest stała i każdy musi jakiś mieć.

Może nie być go świadom, może nie przyznawać się do niego. No cóż, skoro i tak ilość nałogów została przypisana odgórnie, to może wybrać coś świadomie z tego mrocznego katalogu. Zamiast palenia- czytanie, zamiast spania- bieganie, zamiast plotkowania- rozmawianie. Wybór jest rozległy i pełen pułapek. W sumie dość prosto można zamienić palenie na ględzenie, picie na bicie ( żony, dzieci, psa), wysiadywanie kanapy na leżenie na tapczanie. Nałogowiec potrafi być kreatywny. Świat oferuje nieograniczone możliwości.

Rozumiem nałogowców. Nie znaczy, że popieram i akceptuję te zjawiska, które szkodzą nałogowcom. Im bezpośrednio, pośrednio najbliższym, sąsiadom, atmosferze.
Rozumiem nałogowców, bo sama mam swoją pulę nałogów mniej lub bardziej ulubionych.

Nałóg do książek zaszczepił się sam, razem z pierwszymi połączonymi sylabami. Padł na podatny grunt, bo w dzieciństwie często zostawałam sama i jedyną rozrywką były kartki z obrazkami i literkami. Pociąg do słodyczy, uwarunkowany przez babcie, ciocie i rodzinne uroczystości, wykształcił się niezauważenie. Pozostaje ze mną do dziś, umieszczony w sektorze nałogów do zwalczenia albo zamiany, na przykład na upodobanie do surowej marchewki. Gdzieś w tle majaczy niezdrowa ( głównie dla portfela) pasja podróżnicza.

O tym, że bieganie potrafi uzależnić czytałam, zanim po raz pierwszy wybiegłam w szary, mglisty listopadowy poranek. Pchana ciekawością, tak sobie biegałam, kiedy chciałam. Nie wierzyłam, że ten sport zajmie ważne miejsce w moim życiu. Pasja do udziału w zorganizowanych imprezach biegowych, eksplodowałam wraz z przebiegnięciem pierwszej linii mety i pierwszym medalem. Wsiąkłam całą swoją osobą.

Kiedy zachorowałam, i chemioterapią ograbiła mnie z sił i odporności, ze ściśniętym gardłem spoglądałam za okno na tych co mogli pobiec. I czekałam, planowałam powrót. Nie wielki, z fanfarami i życiówkami. Taki mały powrót, mały bieg, mały medal. Wielka praca, wielki wysiłek. Kilometr podzielony na sześć odcinków. Potem na cztery. Potem pierwsze pięć przebiegnięte ciągiem. W międzyczasie, różne przygody, złamane palce, operowany nos, nieciekawe przygody zdrowotne.

Ale ciągle wracałam.

Biegać chcą nie tylko ci młodzi zdrowi, szybcy. Biegać chcą też niepełnosprawni, potrzebujący do przeżycia takiej przygody wsparcia.
Dziś pobiegłam w Biegu Zająca. Imprezie biegowej dla dużych, mniejszych i najmniejszych. Zdrowych i tych nie tak całkiem.

Serce rosło dla zaangażowania organizatorów i wolontariuszy, którzy pobiegli na krótszym dystansie razem z podopiecznymi. Ciepła atmosfera, gorąca grochówka, piękne medale i biegacze. Jak jedna wielka zajęcza rodzina.

Bieg po lesie, piachu, korzeniach, podbiegi, zbiegi. Było wyzwanie. Nie było życiówki, ale jest duma. Ruszyłam tyłek, choć zimno i wilgotno.

Czas taki sam jak w Poznaniu, w pierwszej chwili rozczarował, bo przecież zagęściłam treningi. Jednak po przełożeniu na specyfikę trasy, jest progres. Ciut do przodu.
Bo przede mną kolejne chorągiewka. Kolejne wyzwanie. Ile można klepać te dziesiątki. Czas na półmaraton.

Pierwszy już w marcu.

Komentarze

baner dolny